Nadzór Ruchu Warszawa – serwis informacyjny – Na początku był Ikarus
samochod interwencyjny mza
nadzór ruchu warszawa

Nadzór Ruchu Warszawa – serwis informacyjny

nadzor ruchu nadzór ruchu warszawa nadzor ruchu warszawa nadzór ruchu warszawa nadzór ruchu warszawa nadzór ruchu warszawa nadzór ruchu warszawa nadzór ruchu warszawa

Na początku był Ikarus

Utworzone Październik 31st, 2014 przez Nadzor Ruchu Warszawa

Rafal_Soboleski_2_700x350

foto: archiwum Rafała Sobolewskiego

Zawsze lubiłem jeździć autobusem za kierowcą

 

Początek mojej przygody z naszą firmą miał miejsce znacznie wcześniej, niż mogłem jeszcze niedawno przypuszczać. Okazuje się, że już będąc dzieckiem los zapisał mi przyszłość, którą teraz odkrywam każdego dnia. Gdy sięgam pamięcią do tamtych wydarzeń, to nie mogę uwierzyć, że miały one aż tak wielki wpływ na moje późniejsze życie…

 

Był zwykły, spokojny, przeciętny dzień, niczym nieróżniący się od innych. Najprawdopodobniej rzecz działa się w weekend, bo ruch nie był tak spory na mieście, a moja mama miała wolne i postanowiła, że pojedzie ze mną na zakupy do Domu Handlowego Smyk. Jako dziecko bardzo lubiłem tam jeździć, bo zawsze dostawałem jakąś zabawkę, a wiadomo że każdy maluch jest łasy na takie rzeczy.

 

Mieszkaliśmy wtedy z mamą i tatą na Mokotowie, w pobliżu ulicy Komarowa (dzisiejszej Wołoskiej). Od lat jeździła tamtędy linia 117 i ona też zapewniała nam bezpośrednie połączenie ze Smykiem. Szkoda, że współcześni decydenci z ZTM, nie oszczędzili mojej 117 i zmienili jej trasę, gdyż wpisała się ona w historię Mokotowa – dzielnicy, w której się urodziłem i w której od niedawna mieszkam z powrotem.

 

Jak to mieliśmy w zwyczaju, udaliśmy się na nieistniejącą w dzisiejszych czasach pętlę autobusową, która ówcześnie mieściła się u zbiegu ulic Komarowa i Odyńca. Tam właśnie (o ile mnie pamięć nie myli) wtedy kończyła swój bieg „stosiedemnastka”. Było to w latach osiemdziesiątych, a więc u schyłku PRL. Ja sam mogłem mieć wtedy około czterech lat, maksymalnie pięciu.

 

Zawsze lubiłem jeździć autobusem za kierowcą, bo strasznie podobało mi się jak kierowca naciska kolorowe guziczki do otwierania i zamykania drzwi. W tamtych latach jeździło się na Ikarusach i to one tak mi się podobały w swej funkcjonalności.

 

Tamtego pamiętnego dnia, gdy z mamą wsiedliśmy na pętli, do „naszego Ikarusa”, do odjazdu pozostawało jeszcze sporo czasu. Rozpocząłem rozmowę z moją mamą na temat guziczków i wypytywałem się jej o wszystko. Nie pamiętam już, co mi odpowiadała. Ale naszą rozmowę musiał usłyszeć kierowca 117, bo otworzył drzwi do swojej kabiny i zapytał czy chcę sam się pobawić tymi kolorowymi przyciskami.

 

Ja nie namyślając się zbytnio, zgodziłem się, bo każdy mój kolega chciałby móc być na moim miejscu. Kierowca wziął mnie więc do kabiny i pokazywał, co jest, do czego. Nagle, ku mojej uciesze, autobus zaczął reagować na moje polecenia, tak jakbym to ja nim kierował. A pomyśleć, że byłem wtedy małym urwisem, który chodził jeszcze do przedszkola.

 

Kierowca posadził mnie na kolana i pozwolił pokręcić przeogromną kierownicą. Pamiętam, że strasznie się bałem, bo w moim dziecięcym umyśle, ruch kierownicą był równoznaczny z poruszaniem się pojazdu i sądziłem, że za chwilę autobus ruszy, a ja nie będę w stanie go kontrolować – jestem przecież jeszcze taki mały. Kierowca mnie uspokoił, że autobus na pewno nie ruszy, pokazując na zaciągnięty hamulec ręczny, po lewej stronie swego siedzenia.

 

Wtedy już mogłem się bawić autobusem do woli. Wiem, że nie każde dziecko tak mogło, bo jednak nie często spotyka się kierowcę z takim podejściem do dziecka, jak tamten miły pan, który wywarł jak się dziś okazuje, ogromny wpływ na całe moje życie.

 

Pierwsza lekcja za kierownicą Ikarusa była tak ekscytująca, że przez całą podróż do Smyka, obserwowałem dokładnie, co pan kierowca robi i w którym momencie. Najbardziej rzecz jasna podobały mi się przyciski, które raz naciskane na zielono – otwierały drzwi, a następnie na czerwono – zamykały je znów.

 

To była dla mnie niesamowita frajda! Traf chciał, że wracając ze Smyka, znów trafiliśmy na tego samego kierowcę „stusiedemnastu”, lecz tym razem moje ulubione dwa miejsca za kierowcą były zajęte.

 

Siedząc nieco dalej, przyglądałem się swemu nauczycielowi z podziwem i ogromnym szacunkiem. On wiedział, że go obserwuję i co jakiś czas uśmiechał się do mnie, sprawiając tym samym, że nie bałem się ani jego, ani wielkiego Ikarusa.

 

Gdy wróciłem do domu, opowiedziałem o wszystkim swojemu tacie, który to pracując w FSO, od młodzieńczych lat był związany z branżą motoryzacyjną, tak jak i jego ojciec. Bardzo się cieszę, że moja mama pozwoliła mi poznać Ikarusa, bo nawet mała rzecz w życiu dziecka, może mieć ogromny wpływ na jego późniejsze życie.

 

Po ponad 20 latach od czasu wspomnianych wydarzeń, zostałem kierowcą Miejskich Zakładów Autobusowych, rozpoczynając swoją karierę w zajezdni R-5 Redutowa. W ciągu 3 lat pracy na tej wspaniałej zajezdni, miałem okazję poznać dość dobrze Ikarusy, Jelcze i Solarisy. Cieszę się, że miałem okazję przeżyć z tymi wozami wiele cudownych chwil, chwil na które musiałem czekać prawie ćwierć wieku. Tyle właśnie czasu minęło, od mojego pierwszego razu za kierownicą Ikarusa.

 

Wspominając raz jeszcze ten piękny dzień, gdy wszystko się zaczęło, pragnę podziękować tamtemu kierowcy, który zaszczepił we mnie pociąg do autobusów. Choć wiele lat to uczucie tkwiło we mnie w ukryciu i prawie zupełnie nie dochodziło do głosu, to jednak było cały czas obecne, a gdy tylko pojawił się właściwy moment w moim życiu, wiedziałem już co trzeba zrobić.

 

Wytyczyłem sobie swój cel, do którego dążyłem przez około 4 lata, na przekór problemom finansowym, mając niestety pod górkę z żoną, rodziną i innymi „mądrymi głowami”. Nie rozumieli oni, jak można będąc po studiach, chcieć prowadzić autobusy.

 

Ale nie zrażało mnie to i cierpliwie realizowałem swój plan, bo takie było moje marzenie. W końcu po wielu latach starań udało się! Dziś wiem, że było warto. Praca w MZA to spełnienie moich marzeń, a kierowanie autobusem sprawia mi tak wiele frajdy, że wolę to niż wiele innych przyjemniejszych rzeczy.

 

Robiąc to wszystko, mam w głowie jedną myśl – chcę sam być jak tamten kierowca, dzięki któremu też dziś jestem kierowcą. Tak wiele zależy od naszego zachowania za kierownicą, że często sobie nie zdajemy z tego sprawy. A jedno małe zdarzenie, może zapoczątkować cała lawinę następstw.

 

Mam nadzieję, że i ja kiedyś doczekam się własnego ucznia, który za kilkadziesiąt lat będzie mi wdzięczny, tak jak ja jestem mojemu mentorowi.

 Rafał Sobolewski

Co było dalej, zapraszamy: Gdyby nie było mnie w tamtym dniu

źródło: „nr.waw.pl”

Dołącz do nas na Facebooku



rss Redakcja-2 Wspolraca Prywatność Kooontakt
Copyright © 2012-2017 Wszystkie prawa zastrzeżone

Ta strona używa ciasteczek (cookies) Korzystanie z niej bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich użycie. Więcej informacji w Polityce Prywatności